w końcu udało mi się znaleźć trochę czasu i zabrać za reanimację mojego Fiata (bałem się ostatnio, że ten moment nie nadejdzie nigdy i auto jest już stracone). Zacząłem około 1,5 tygodnia temu i wczoraj w końcu zrobiłem runde po osiedlu.
Po pożarze auto prezentowało sobą opłakany stan:
Zerwanie tego wszystkiego zajęło kupę czasu i dołowało mnie coraz bardziej. Bałem się, że tak jak padły wszystkie gumy i plastiki to i silnik mógł skonać. Dobrze, iż nie była to prawda
Kolejnym krokiem operowania pacjenta było zebranie wszystkich niezbednych części - lista zajęła mi kartkę A4
Po zakupach nastąpiło wyjęcie silnika i skrobanie/malowanie komory.
Silniczek trafił w tym czasie do schowka na 3 pietrze mojego bloku, w którym to także doczekał się odbudowy.
Tutaj już włożony w aucie:
Ostatnie podłączenia, sprawdzenie instalacji, ciągnę rozruszniczkiem i ... nie pali
Myślałem, że padł rozrusznik. Ale byłem zły, że mając wszystko na wierzchu nie sprawdziłem go. Oczywiście jak na złość rozrusznika nigdzie nie mogłem dostać, a tam gdzie były to chcieli strasznie drogo. Na szczęście mój był dobry. Mechanik po sprawdzeniu instalacji stwierdził, że kondensator przy rozdzielaczu dotykał tam gdzie nie powinien i to było przyczyną kłopotów z rozruchem. Po małej regulacji fiacik wreszczie jeździ.
Teraz jeszcze mnóstwo roboty z czyszczeniem i malowaniem tyłu auta (trochę mi się boczki nad światłami i skrzydełko przysmażyło), ale myślę, że dam radę.
Nie jestem jednak pewien czy auto znowu nie powędruje do mechanika - mam kiepskie sprężanie w jednym cylindrze i chciałem wymienić półosie. Niestety o ile przy silniku wszystko zrobiłem sam (razem z ojcem) to teraz nie mam już niestety czasu i muszę dać zarobić innym
A najlepsze na koniec - od około pół roku nie jeździłem maluchem (tylko dużymi autami) i się odzwyczaiłem. Jejku ale śmiesznie mi się siedziało.


ja nie wiem czy dal bym rade
